Joga – Biofeedback Twoim osobistym trenerem medytacji?

Dzisiaj zdecydowanie jeden z dłuższych artykułów u nas. Tak więc przed rozpoczęciem lektury stawiamy obok herbatę/kawę/sok/wino* (odpowiednie skreślić 🙂 ) i razem z autorką oryginalnego tekstu, którą jest Anja Jardine, udajmy się z wyprawą ku „Wild Divine”. Tekst pierwotnie ukazał się w listopadzie 2010 w szwajcarskim serwisie NZZ Folio, nosząc tytuł „Jogin na twardym dysku” (niem. „Yogi auf der Festplatte”).

Niedawno podczas nocy robiłam coś szczególnego. Poczekałam, aż dom ucichnie i wszyscy pozostali znajdą się w łóżkach. Sprawdziłam dwa razy, by upewnić się, że śpią. Nie chciałam by mi przeszkadzano, a w szczególności, by mnie przyłapano. Wślizgnęłam się do salonu, włączyłam laptop i ostrożnie założyłam „Magiczne pierścienie” na trzy środkowe palce mojej lewej ręki tak, aby moje opuszki palców spoczywały na metalowych sensorach: pierścień ze złotym punktem na środkowy palec, pozostałe dwa na palec wskazujący i serdeczny. Odchyliłam się, zrelaksowałam ramiona i szyję i chwyciłam myszkę w moją prawą rękę. Byłam gotowa.

Sophia czeka na mnie przy bramie Słonecznego Pałacu. Pojawia się w błyszczącej mgle. Nagle staje obok rzeźby gigantycznej dłoni, w której spoczywa kula ziemska. Ptaszki świergocą, w tle słychać bawiące się dzieci. „O, tutaj jesteś!” mówi Sophia. „Miałam nadzieję, że przyjdziesz i oto jesteś.” Jest damą powiedziałabym około 60-tki. Wygląda jak prawdziwa hippiska o sympatycznym głosie moderatorki z grupy samopomocy. Ale to tylko wygląd zewnętrzny, mówię sobie, to nie jest tak naprawdę ważne. Udajemy się w podróż razem, w podróż do wnętrza, ku nieskrępowanej boskości. Nic większego niż to. Przy czym mi osobiście to zupełnie wystarczyło, by się trochę wyciszyć.

Tak dalece nie udało mi się wyciszyć mojego ducha ani podczas kursów jogi ani podczas treningów autogenicznych. Niepokój, roztargnienie, napięcie i zmęczenie torturowało mnie okazjonalnie. Ale teraz, spokój powinien ogarnąć mój umysł. I moje serce. A wszystko to dzięki komputerowi. Ten program relaksacyjny z USA, który kosztował mnie trzysta dolarów, powinien pozwolić mi nauczyć się rozróżniać rzeczy ważne od nieważnych, skoncentrować się całą siłą mojego ducha na podstawach – relaksacji, radości i koncentracji. Taki stan mentalny, jakiego ludzie od starożytnych czasów szukają.

Patanjali, autor Jogasutry, odkrył już 2000 lat temu, że stan naszego umysłu determinuje nasze postępowanie. Kiedy czujemy się niespokojni i nerwowi, postępujemy niespokojnie i nerwowo. Nasz umysł jest jak jezioro, twierdzi Jogin. Jeśli jest wzburzone, myśli, uczucia i wspomnienia są wzburzone; falują powierzchnię wody i mącą ją. Kiedy jesteśmy w stanie uspokoić umysł, osad osiada na dno, powierzchnia się wygładza a woda robi się przejrzysta. Dopiero wówczas gdy woda staje się spokojna i przejrzysta, jesteśmy w stanie dostrzec to co się dzieje w głębinach.

Oddech jest kluczem. Często jest on „szybki i nieregularny”, pisze Patanjali. Przypomina wiatr, który wzbudza jezioro. Zamiast tego powinien być „długi, delikatny i płynny” – stan, którego można się nauczyć. I dlatego miałam nocne spotkanie z Sophią, ogrodniczką w Słonecznym Imperium.

Dała mi do ręki czarodziejską różdżkę, którą mogłam klikać na co chciałam i zaprowadziła mnie do bramy. By wejść do pałacu musiałam wprawić w ruch wiatrak z pawich piór. „Wiatrak zareaguje na Twoją energię”, mówi Sophia. Oddycham głęboko, głębiej, wypełniam płuca i wypuszczam powietrze głośno. Natychmiast koło zaczyna się kręcić. Jeszcze raz, głęboki wdech, zatrzymać oddech, wydech. Żaden problem! Wiatraczek kręci się szybko. Siedzę szczęśliwa naprzeciwko komputera, moja lewa ręka połączona kabelkiem z komputerem, a ja dmucham na wiatraczek z pawich piór na ekranie. (To właśnie jeden z powodów dla których czekałam, by wszyscy pozostali w domu już spali.)

Możemy być w Tybecie czy Bhutanie. Strome góry, okryte mgłą przypominają mi Himalaje. Kopuły, namioty, arkady przypominają baśnie tysiąca i jednej nocy. Podążam za Sophią przez wspaniały krajobraz, przechodzimy pod arkadami, po mostach, niedaleko bawiących się wilków, docieramy do domu w lesie. „Pani Puszczy” zaprasza mnie do środka. Przytulnie tutaj, polana leżą przygotowane w kominku, a przed nim miech. Podczas gdy ona szykuje dla mnie prezent, rozpalam ogień „oddechem spokoju” (ang. peaceful breath).

Początkowo chata cały czas pozostaje zimna i moja podroż gwałtownie kończy się tutaj. „Pozwól by Twój oddech płynął w rytmie miecha” instruuje mnie Sophia. „Wciągaj powietrze do płuc i licz do siedmiu. Wypuszczaj powietrze z płuc i licz do siedmiu”. Na początku moje płuca były zawsze pełne już przy trzech. Cały swój wysiłek włożyłam by przeciągnąć ten proces poprzez spowolnienie i ograniczenie przepływu powietrza, ale to nie zadziałało. Po kilku minutach byłam bliska duszenia się, choć nawet nie zapaliłam najmniejszego płomienia w kominku.

Dopiero gdy w momencie rezygnacji, zamknęłam oczy i oddychałam nieuważnie, w moim własnym prywatnym rytmie, bez zwracania uwagi na miechy, polana nagle zajęły się płomieniami. Więc nie jestem generalnie tak beznadziejnym przypadkiem, „nie” hiperwentylacji Fidgety Philip! Jednakże radość z tego momentalnie stłumiła ponownie płomienie. Każde emocje znajdują swój odpowiednik na ekranie.

Ktokolwiek kto pozbawiony jakichkolwiek wskazówek, kład się na macie podczas ćwiczeń jogi, słuchając swojego własnego oraz sąsiada dosadnego wydechu, zastanawiając się czy oddech aktualnie płynie do centrum energetycznego, czy nie, znajdzie na to błyskawicznie odpowiedź w „The Wild Divine”. Sensor oznaczony złotym punktem mierzy przepływ krwi w palcu, a tym samym puls. Pozostałe dwa sensory mierzą przewodność skóry (jako wypadkową zmian jej wilgotności). Dzięki użyciu elektronicznych urządzeń, biofeedback umożliwia uchwycenie ledwie postrzegalnych fizycznych zmian, czyniąc je zauważalnymi. W „The Wild Divine” stany te są zamieniane na obrazy. Na przykład oznacza to: ogień buchający jasnym płomieniem, oznacza że oddech jest spokojny, równy i głęboki. I to jest to.

Ale to nie usatysfakcjonuje „Pani Współczucia” (ang. „Lady of Compassion”). Siedzi ona na czerwonej welwetowej poduszce pod tęczowym klifem i mówi mi że nasza piękna planeta przeżyje ogromne ryzyko na które jest wystawiona, tylko jeśli ludzie tacy jak ja „wzrosną w głębokim współczuciu i trosce o siebie wzajemnie”. W żaden sposób nie jestem obojętna jeśli chodzi o dobrobyt i pomyślność świata, ale „ona, która słyszy płacze naszego świata” doprowadza mnie do szału, siedząc sobie na tej swojej poduszce i wymuszając na mnie o tej nocnej godzinie abym „uzdrawiała planetę”. Kto wpadł na coś takiego?

Corwin Bell jest tą osobą. Żyje w Boulder, Kolorado (USA). Jest twórcą filmów, twórcą gier komputerowych, artystą i obrońcą pszczół. Wideo klip na stronie beeguardian.org pokazuje go jako długowłosego, brodatego aktywistę ekologicznego, który demonstruje funkcjonowanie ula. Razem z nim, w zasadzie, wszyscy mieszkańcy miasta mogliby zostać pszczelarzami z ulami na ich własnych balkonach. I powinni oni. Ostatnie 15 lat Bell dedykował ratowaniu pszczół, z pewnością naglącej sprawie, w szczególności od momentu masowej światowej śmierci pszczół w 2006 roku. Oczywiście to spowodowało, że uwierzyłam w autentyczność „Pani współczucia”.

Przede wszystkim, uczy mnie ona „oddychać moim sercem”. Jest to także starożytną techniką oddychania Joginów, której celem jest „wprowadzenie spokoju w obszarze serca”. Irytacja, złość, nienawiść przemieniane są na uczucia życzliwości. „Nie mamy misji” mówi Bell, „ale sądzimy, że współczucie i tolerancja nikogo nie skrzywdzą”. W szczególności, że współczucie jest centralną zasadą Buddyzmu, na którym ćwiczenia oddechu i medytacji w produktach „Wild Divine” są oparte. Produkcja tego oprogramowania zajęło 5 lat, ale było poprzedzone Jogą, mającą 3500 lat”. Mnisi Shaolin’u ponoć są w stanie wysuszyć mokre rzeczy ciepłem swojego ciała nawet przy minusowej temperaturze. Badania z dziedziny neuro-nauki potwierdzają: człowiek jest w stanie wpływać na takie funkcje ciała jak rytm serca i tętno krwi, które normalnie nie są kontrolowane przez świadomą wolę.

Jednym z tych, którzy rozumie te zależności lepiej niż pozostali mentorzy w tej komputerowej, baśniowej krainie Słońca jest Mila-Rugom. Siedzi on ze skrzyżowanymi nogami w „Świątyni uwagi” (ang. „Temple of attention”) i będzie moim duchowym mentorem od tego momentu. Rzuca mi wyzwania stwierdzeniami jak „Uwaga jest stanem poza świadomością”. Za chwilę za to jest skory do żartów i pyta: „Jesteś gotowy na rock and roll?”

Mila-Rugom istnieje na prawdę. W rzeczywistym świecie nazywa się Nawang Khechog. Tak naprawdę jest tybetańskim mnichem i jednym z najbardziej znanych muzyków grających na flecie. Bell mówi, że był on najmłodszym studentem Dalaj Lamy i pozwolił na to, aby cała jego wiedza przepłynęła do „The Wild Divine”. „I tylko ze względu na niego umieściliśmy tam jaki”, mówi Bell. „Nawong kocha jaki. Znaleźliśmy właściciela małego stada jaków w Górach Kolorado, których pozwolił nam na sfilmowanie jego zwierząt. To była prawdziwa przygoda, ale teraz dzięki niej Nawong ma swoje jaki”. Pasą się one przed jego wirtualną świątynią.

Ćwiczenia robią się coraz bardziej wymagające. „Zwiększ poziom Twojej energii”, mówi Mila-Rugom, „wtedy niebiański teleskop podda się Twojej woli”. Jak? „Śmiej się, Krzycz, Oddychaj szybko. Przypomnij sobie momenty, kiedy byłeś pełen energii” radzi Sophia. Wydaję z siebie niezdecydowane „Ha! Ha! Ha!” rzucając zalęknione spojrzenie za swoje ramię. Zawsze sprawiało mu przyjemność patrzenie jak grający potrafili uzyskać wymagany stan umysłu, mówi Bell. Obawiałam się jednak, że bardziej prawdopodobne jest, że przypadkowy obserwator stwierdzi, że jestem stuknięta. Przy okazji, teleskop nawet się nie poruszył.

Także układając kamienie dotarłam do granic moich możliwości. Mój stan ducha nie powinien być zbyt słaby, ale też nie powinien być zbyt podekscytowany, zamiast tego musi pozostać na stabilnym poziomie. Jestem kamieniem, kamień jest mną. Z cichym krótkim westchnieniem, unoszę te kamienie w powietrzu, i kładę je delikatnie na stosie. Przynajmniej te, które wcześniej nie odpłyną mi lub się nie rozpadną.

Corwin Bell nie medytuje przed komputerem. Śpiewa Sanskryckie mantry i codziennie obserwuje gałąź lub liść na łonie przyrody przez 62 minuty. „To oczyszcza moje myśli”, mówi. Bell prowadzi Vision-Shift-Studio w Boulder i obecnie tworzy program do biofeedbacku dla medycznego wydziału Uniwersytetu Utrecht w Holandii. Powinien pomóc w ułatwieniu wejścia młodym lekarzom medycyny w codzienne życie kliniki. „Wspaniałą rzeczą jest to, że mamy wybór. Możemy biec ulicami oddychając automatycznie, ale jeśli chcemy, możemy przejąć kontrolę” mówi Bell. „Oddech jest mostem pomiędzy świadomością a podświadomością”.

Mój most jest wciąż całkiem trzęsącą się sprawą. Ale teraz potrafię już wykonać oddech spokoju. Na zewnątrz jest już prawie jasno znowu. Z na wpół przymkniętymi powiekami podążam za listowiem drzewa, oddychając rytmem mojego serca i obserwując powolne acz stałe budowanie się piksel’owych schodów, zanim usłyszę dźwięk chóru i niebo się otworzy.


Tłumaczenie opublikowane za zgodą redakcji NZZ Folio (Vielen Dank Anja und NZZ Folio Redaktion!)

Posted on January 30, 2011 at 22:45 by Mikołaj · Permalink
In: Biofeedback, Relaksacja · Tagged with: , ,

Leave a Reply